|
 |
| |
Na
kilka miesięcy przed śmiercią Elżbieta napisała tekst, który
zatytułowała Świadectwo.
Tekst ten przekazała swoim znajomym. Jest on najlepszym świadectwem
jej duchowości... |
|
|
|
Mam 37 lat i jestem jedną
z wielu, bardzo wielu osób, która zmaga się z chorobą nowotworową.
Na początku najtrudniejsze było oczekiwanie na wyniki badań
biopsji, a towarzyszący temu lęk nie pozwalał na racjonalne
myślenie. Na szczęście w moim przypadku to co mogło być moją
słabością - miłość do najbliższych - stało się moją siłą. A
mocą sprawczą tej przemiany był i jest Bóg. |
W
Dzień Matki 26 maja poznałam dokładną diagnozę. Dzieci
składały mi życzenia, ofiarowały prezenty,
piękne laurki, a ja w sercu miałam niepokój o to, co będzie
dalej? Nie było buntu, nie zadawałam Bogu pytań - dlaczego
ja, chciałam walczyć dla tych trzech par oczu, które w
Dzień Święta Mam mówiły "kocham". Teraz wiem, że to właśnie
macierzyństwo,
nasza miłość do dzieci, nasza miłość małżeńska, to dar,
przez który Bóg mnie umacnia. Nie wiem, co Pan nam przeznaczył,
ile jeszcze zadań i trudów postawi przed nami, nie myślę
o tym
i nie pytam o to. Nauczyłam się, że plan, który Bóg przygotował
dla nas jest najlepszym scenariuszem, choć po ludzku myśląc
co może być dobrego w chorobie i to jeszcze nowotworowej.
Dziś wiem, że jest i to wiele. Najpierw to wszechobecna
Miłość
Stwórcy,
która nas otacza, chroni, prowadzi. To Ona nie pozwala
bym choć przez chwilę czuła się samotna, nawet wtedy, gdy
muszę
leczyć się z dala od moich najbliższych. To Ta Miłość stawia
na mojej drodze wspaniałych ludzi, którzy wspierają nas
bezinteresownie swoją obecnością, słowem i darem nieocenionym
- modlitwą.
Jestem silna, bo otacza mnie opieka Świętych, którym się
powierzam
i którym jestem powierzana. Trwam w wierze bo Bóg mówi
do mnie przez Pismo Święte, a ja uczę się Go słuchać. Dziękuję
Ci Boże,
bo mimo całego okaleczenia, jakie niesie ze sobą leczenie
mojej choroby zawsze czułam się szczerze kochana.
|
| |
Tak zakończone Świadectwo
ma swój dalszy ciąg w niedokończonym szkicu o tajemnicy obcowania
świętych. Bardzo wiele wyjaśnia ono z tego szczególnego wsłuchania
się Eli w codzienność. Codzienność widzianą, jako podarunek
od samego Boga, pleciony niczym misterny wzór koronki Jego
szczodrą ręką. Ela wiedziała, że obserwuje splot na etapie
jego powstawania, w wielkim zbliżeniu, tkany dla nas każdego
dnia z chwili na chwilę, a którego wzór dostrzec można dopiero
z perspektywy gotowego dzieła, aby móc w pełni nim się zachwycić.
Ela nie czekała na gotowe dzieło, lecz umiała cieszyć się każdym
zbliżeniem do niego i tak odkryła, że przez sploty wątków zwykłego
życia przeziera inny wymiar:
|
 |
Tak często w wyznaniu
wiary wypowiadamy te słowa, ale na ile w nie prawdziwie wierzymy?
|
Ja też głębiej nad nimi
się nie zastanawiałam. W codziennym pacierzu polecaliśmy Bogu
dusze naszych bliskich zmarłych, okazjonalnie czytaliśmy przypadkowo
napotkane życiorysy świętych i żyliśmy nieświadomi ich bliskiej
obecności. Ta nieświadomość wcale nam nie przeszkadzała, zapatrzeni
w codzienność, stale w biegu za pozornym sukcesem, obarczeni
licznymi obowiązkami, które często sami na siebie ściągamy,
pozornie nie mieliśmy czasu by spoglądać na Mieszkańców Nieba. |
Takim pierwszym przełomowym
momentem w zmianie naszego myślenia była śmierć mojego 27 letniego
brata. Po trzech miesiącach od diagnozy choroby zmarł w otoczeniu
bliskich mu osób. Jedną z nich byłam ja. Pięć lat temu gdy
patrzyłam na jego cierpienie niepojętne dla mnie było skąd
on ma tyle sił by to znieść. Mimo ogromnego bólu jaki odczuwał
nigdy się nie skarżył, a gdy raz próbowałam użalać się nad
nim spojrzał na Krzyż i powiedział, że Chrystus jeszcze bardziej
cierpiał. To była dla mnie prawdziwa lekcja zawierzenia Bogu,
zawierzenia tak do samego końca. |
Może dlatego znaleźliśmy
siły by nie pogubić się gdy zdiagnozowano i u mnie chorobę
nowotworową. Znaleźliśmy siły bo została podarowana nam jak
każdemu człowiekowi łaska wiary, którą tak jak umiemy staramy
się rozwijać i pielęgnować. Gdy prosiliśmy Pana by otworzył
nasze uszy, nasze oczy, serca i umysły na Jego dary nie wiedzieliśmy,
że będzie ich tak wiele i tak pięknych. Jednym z nich jest
opieka świętych, odczuwalna namacalnie w naszym życiu. |
Już sam fakt, że w Niedzielę
Miłosierdzia Bożego rozpoznałam zmianę na swoim ciele przybliża
nas jeszcze mocniej do św. Faustyny i może ktoś powiedzieć,
że to tylko zbieg okoliczności, a dla mnie to znak opieki świętych. |
W czasie gdy przygotowywano
mnie do rozpoczęcia leczenia w przenośni i dosłownie przybył
do nas ze swoim wsparciem bł. Edmund Bojanowski. To On nas
odnalazł i zamieszkał z nami duchowo i fizycznie pod postacią
relikwii, które mogliśmy trzymać w naszych dłoniach odprawiając
przez 7 dni nowennę. To dzięki wstawiennictwu bł. Edmunda Bojanowskiego
otrzymaliśmy łaskę rozeznania wyboru drogi właściwego leczenia.
Trudno jest przecież podjąć decyzje jak być leczonym mając
do wyboru odmienne zdania specjalistów w tej dziedzinie gdy
samemu nic na ten temat się nie wie. Z perspektywy czasu, na
podstawie kolejnych diagnostycznych badań, wiemy że podjęliśmy
właściwą decyzję, na którą wówczas dano nam 5 minut. |
Jadąc do szpitala w Brzozowie
mijamy po drodze miejscowość Dukla w której mieści się klasztor
OO. Bernardynów i związaną z tym miejscem postać św. Jana z
Dukli. To właśnie w czasie wyjazdów do kliniki zatrzymujemy
się na chwilę modlitwy w przyklasztornej kaplicy i właśnie
tutaj gdzie żył ten święty, otrzymujemy pocieszenie. Ale święci
nie zatrzymują nas dla siebie prowadzą dalej, dzielą się z
nami ogromem łask jakie człowiek może otrzymać. I tak św. Jan,
prowadzi nas do św. Franciszka, bo przecież pogoda ducha to
też niezbędny dar, który mi nieustannie towarzyszy od pewnej
czerwcowej środy gdy trafiliśmy do Zakliczyna, gdzie mieści
się zakon franciszkanów. Od tego spotkania nie patrzę na moje
doświadczenia z perspektywy trudów, ale łask jakie otrzymuję. |
Wkrótce na naszej drodze
staje św. Antoni i cały czas pilnuje byśmy się nie pogubili
duchowo. Bo przecież bywają i trudne chwile, kiedy niepewność
wkrada się w myśli gdy nie wszystkie wyniki są najlepsze i
trzeba zweryfikować zaplanowany wcześniej system leczenia. |
A to co mnie najbardziej
zdumiewa to poczucie, że spotkania ze Świętymi przygotowały
mnie na spotkanie z naszą Niebieską Matką. Odkąd pamiętam w
moim najbliższym otoczeniu szczególnym kultem darzono Bożą
Rodzicielkę. Dlatego moją naturalną potrzebą była ucieczka
pod płaszcz Jej opieki. I zostało mi dane pielgrzymować do
Medjugorie między kolejnymi sesjami chemioterapii. A kiedy
w wyniku zmiany terminu rozpoczęcia radioterapii nie mogliśmy
się wybrać do Gidel Ona przyjechała do nas. |
|
|
|
|